03.04.2018

Najważniejszy dzień naszego życia. Powitajcie Helenkę!


Kilka dni myślałam, jakimi słowami zacząć ten wpis. Jak opisać ten dzień? Towarzyszące nam emocje, wydarzenia? Od czego zacząć i na czym skończyć? W głowie, w mieszance hormonów, kołtunią się: niewyobrażalne szczęście, radość i łzy wzruszenia, i jak mam to ująć w słowa?



Jak bardzo czekaliśmy na dziecko, już wiecie. Pokazaliśmy Wam sesję z brzuszkiem i podzieliliśmy się swoją historią. Chociaż jej najtrudniejsza część za nami, choć całą ciążę przeszłam książkowo, miałam wyśmienite wyniki badań i Helenka również, jak się domyślacie, przed TYM WIELKIM DNIEM emocje były potężne!

Przygotowani do porodu


Najlepiej, jak potrafiliśmy przygotowaliśmy się do nadejścia córki na świat. Pisaliśmy już o tym w poprzednim wpisie. Jeden stresogenny element zredukowaliśmy niemalże do zera. Poznaliśmy od drzwi do sali poporodowej szpital, w którym zdecydowaliśmy się urodzić. Pro Familia, to wyjątkowe miejsce i możliwość zapoznania się z jego infrastrukturą, czy personelem medycznym zniosła nam z barków wiele nerwów.

Oczywiście odpowiednio wcześniej byliśmy spakowani, naszykowaliśmy niezbędniki w pokoju, zaopatrzyliśmy się w wózek, fotelik, łóżeczko, przewijaczek itp. Ale to były tylko logistyczne przygotowania. Przyznam uczciwie, że nie spodziewałam się, jakie emocje wybuchną już w dniu porodu, ale o tym za chwilę.

Dzień porodu


Z początku sądziliśmy, że nie pójdziemy spać nawet na godzinę. Mimo zaleceń i dobrych rad, wszystkich z Was o "wyspaniu się na zaś", bez problemu udało nam się przespać całą noc. Wieczorem wykonałam ostatnie, domowe KTG i wraz z kurami, wstaliśmy w czwartek rano, przed 6:00.

Droga do szpitala upływała spokojnie. Ja, mimo dziewięciu innych operacji, poczułam strach przed samym zabiegiem cięcia cesarskiego, które w naszym wypadku było niezbędne. Znając jednak lekarza, który będzie mnie operował, widząc nawet salę operacyjną (!), udało mi się ten lęk zredukować do poziomu dyskomfortu.

Na izbie przyjęć czekała na Nas uśmiechnięta położna. Zabrała Nas na zapis i do wypełnienia dokumentów. Z upływem każdych kolejnych 10 minut, docierało do mnie, że ta chwila się zbliża! Że to już nie fałszywy alarm, kiedy to jechaliśmy do szpitala i wracaliśmy do domku na dalsze oczekiwanie. 

Z izby przyjęć na salę porodową zabrała nas przesympatyczna położna, która towarzyszyła nam przy porodzie. Żartowała, aby nas rozluźnić, z drugiej strony, z wielką troską wyrażała się na temat tego wydarzenia dla Nas i pozwoliła nam celebrować doniosłość dnia.

Na sali porodowej panowała bardzo spokojna atmosfera. Byliśmy tam z Mariuszem, przez chwilę była również moja mama. Cały czas mogliśmy nagrywać (tworzymy pamiątkę dla naszej córki). Mogliśmy pytać lekarzy do woli. Nikt nie wchodził na sekundę, by uciec szybko dalej. Każdy ze specjalistów poświęcił nam należytą i oczekiwaną przez Nas ilość uwagi. Położna, która towarzyszyła nam od izby przyjęć, aż do zakończenia porodu, położna laktacyjna, położna odpowiedzialna za pobranie krwi pępowinowej, lekarze położnicy-ginekolodzy (operatorzy), lekarz anestezjolog i lekarz pediatra.

Każdy z nich rozwiał wątpliwości i przekazał nam wszystkie niezbędne informacje. Z każdą chwilą, zamiast coraz większego stresu, zaczęłam odczuwać spokój. Widziałam spokój wśród personelu medycznego, ale przede wszystkim troskę. Czułam, że każdy się mną opiekuję. Że tego dnia, ja i Helenka jesteśmy najważniejsze i słuchano uważnie, tego co mówię lub odpowiadano na moje pytania.

Podano mi kroplówki i ostatni raz włączono zapis KTG. To był ostatni raz, kiedy słyszeliśmy bicie serduszka Helenki przed porodem, oczekując wsłuchania się w ten rytm już po. Bardzo wzruszający moment!

Piękny poród przez cięcie cesarskie


Z historii w rodzinie, czy wśród przyjaciółek, nie słyszałam nic o pięknym porodzie. Każda z Kobiet opowiadała mi o samej wzniosłości pojawienia się dziecka na świecie, ale porody wspominały źle. Nie chciałam tak zapamiętać najważniejszego dnia w swoim życiu. Wybrana przez nas placówka pozwoliła stworzyć z tego wydarzenia, wspomnienie, w którym nie zmieniłabym niczego!

Na sali operacyjnej czekała uśmiechnięta anestezjolog. Skrupulatnie tłumaczyła procedurę, rozwiewając potężne obawy o mój kręgosłup. Była skupiona, a asystująca jej pielęgniarka uśmiechała się do mnie oczami i cały czas rozmawiała, by obniżyć poziom stresu związany z moimi plecami i obecnymi w nich śrubami, implantami i przepuklinami.

Każda czynność wykonywana na sali była mi wyjaśniania, w ludzki sposób. Nie musiałam pytać, jaki lek jest mi podawany, albo co się teraz dzieje.

Na sali pojawili się lekarze operujący. Cały czas ze mną rozmawiali. Poza procedurami medycznymi, czułam, że uczestniczę w ich pracy i oczekiwałam płaczu córci.

Każdy mój mniejszy i większy niepokój podczas cięcia, rozwiewano odpowiadając na moje pytanie. Nie sposób opisać, jaki niosło to spokój i poczucie bezpieczeństwa. Dla mnie i dla Helutka.

Usłyszałam, jak lekarze opisują, pozycję dziecka i wyjmują małą. Wszystko trwało dosłownie kilka minut, ale ja czułam się, jakbym przechodziła kosmiczną drogę, celem spotkania kogoś, kogo niebywale kocham od wielu miesięcy.

Pierwszy płacz!


Kiedy tylko rozbrzmiało zanoszenie się małej, poczułam, jakby przez klatkę przebiegło mi stado koni. Emocje były tak duże, że wyraźnie skoczyło mi ciśnienie. Łzy popłynęły wraz z głośnym szlochem. Anestezjolog poprosiła abym wzięła trzy głębokie oddechy, bo dziecko jest jeszcze nie odpępnione i muszę ją dotleniać.

Lekarze spytali, czy wszystko w porządku, czy to na pewno wzruszenie? A lekarz pediatra przejął Helcię do badania. Odbywało się za moimi plecami, cały czas słyszałam jej zdrowy płacz, a samo badanie dziecka trwało bardzo szybko. Pokazano mi opaskę małej i powiedziano, że za chwilę położą mi córkę na klatce piersiowej.

To był ten moment, na który czekałam tyle lat. To była ta chwila. Taka chwila, w której czułam, że wszystko się zatrzymało, operacja, czas i mój oddech.

Kiedy położono mi Helenkę, kiedy poczułam jej ciepło, a ono odruchowo zaczęła ssać mi brodę, łzy płynęły mi tak bardzo, że anestozjolog z pielęgniarką asystującą, wycierały je z uszu gazami. Podczas tych kilku minut powitania, w których mogłam z córcią porozmawiać, powiedzieć jej, jak bardzo ją kocham, cały personel medyczny uszanował wyniosłość tej chwili dla mnie, pozostając w ciszy. Po kilku minutach zabrano Helenkę do Taty.

To było dla Nas bardzo ważne! Nie chcieliśmy, by na czas dalszej procedury pocięciowej, dziecko wyjechało w plastikowym łóżeczku na salę noworodkową. To na tą możliwość, przekazania dziecka bezpośrednio z sali operacyjnej, do taty na klatkę piersiową, zwracaliśmy uwagę wybierając miejsce dla narodzin Helenki.

Jedno wielkie szczęście!


Z sali operacyjnej wjechałam prosto na salę do kangurowania. Mariusz siedział na fotelu i tulił Helenkę. Cały czas do niej mówił. Widziałam, jak bardzo jest wzruszony, ja byłam już na fali takich emocji, że zabrakło mi łez!




Po podłączeniu mnie do aparatury monitorującej czynność serca, podaniu kroplówek, na salę weszła położna laktacyjna, przejęła Helutka od Mariusza i przystawiła mi dziecko do piersi. To też była bardzo wzniosła chwila. Dla kobiet, które decydują się karmić piersią, ten moment jest wyjątkowy.


Cały czas nagrywaliśmy pierwsze chwile Helenki na świecie, towarzyszył nam też fotograf, Pani Agnieszka Bohdanowicz, dzięki, której możecie zobaczyć, te wszystkie, wzniosłe momenty. Dziękujemy!

Obecność Mariusza, jego pomoc, po instruktażu położnej, w przystawieniu małej, to było coś niewyobrażalnie scalającego i budującego. Nie chcę nawet wspominać szpitali, w których najbliższa mi osoba, nie była nawet wpuszczana na sale po operacyjne..

Chcę pamiętać ten moment, to poczucie bezpieczeństwa i wielką radość. Gdy ja trzymałam Helenkę na rękach, Mariusz był obok i mógł to wszystko przeżywać z nami. To dla mnie prawdziwy synonim porodu rodzinnego. Wspaniała chwila!



Nie zmieniłabym niczego. Czułam się wspaniale przez cały poród, a kolejno, pobyt w szpitalu dopełnił pięknego wspomnienia z narodzin naszej córeczki. 

Zdecydowaliśmy, iż Mariusz zostanie z nami do wypisu. Że będziemy razem cały czas. W bardzo komfortowej sali poporodowej, każde z Nas miało swoje łóżko, oczywiście łazienkę. Warunki panujące w Pro Familii są naprawdę luksusowe. Jak wyglądają sale porodowe i poporodowe, pokazywałam Wam na hospital tourze. 

Opieka medyczna była na najwyższym poziomie. To, co różni ten szpital od innych oddziałów ginekologicznych, w ogóle szpitali, w których leżałam, to troska. Każdy z lekarzy podczas obchodu poświęcał mi uwagę i rozmawiał ze mną. Położne były absolutnie cudowne. Na każdą prośbę, wezwanie, stawiały się gotowe do pomocy z bólem, w karmieniu, pierwszej kąpieli po operacji. Nie musiałam o nic prosić dwukrotnie i czułam, pomimo walki z kręgosłupem i samej ranie po cięciowej, że dam radę. Że każdy w tym miejscu chce mi pomóc.

Obecność Mariusza jeszcze bardziej nas wzmocniła, jako małżeństwo i pozwoliła nam otworzyć rozdział pt. RODZICIELSTWO w najpiękniejszy możliwy sposób. Wspólnie! Szczerze polecam przyszłym mamom i tatom, aby nie rezygnowali ze wspólnego pobytu po porodzie. Pomoc bliskiej osoby, nigdy nie będzie skutecznie zastąpiona najcudowniejszą pielęgniarką. I to mąż/ partner nawiązuje tą wyjątkową nić z dzieckiem. Nić, jaka nie powstanie po kilku dniach, czy szybkich wizytach w ciągu dnia. Słowo daję!

Mariusz, z początku myślał, że zostanie z nami tylko jedną noc, ale szybko zdecydował, że chce być ze mną i Helenką cały czas. Kangurowanie stworzyło niesamowitą bliskość między nimi. Od początku brał ją na ręce, przewijał, usypiał po karmieniu, pielęgnował. Było to dla mnie nie tylko odciążenie, ale i wielkie wzruszenie! Nie musicie się nawet domyślać, Helenka to będzie córeczka Tatusia na 200%! 

W tym miejscu składamy wielkie podziękowania dla całego personelu medycznego, za wspaniałą opiekę, serdeczność, życzliwość i troskę od chwili przekroczenia progu, aż po wyjście z placówki. Pro Familia to bardzo wyjątkowe miejsce, które możemy Wam z głębi serca polecić. Gdyby kiedyś jeszcze medycyna umożliwiła nam drugą ciążę, to nie bierzemy żadnej, innej placówki pod uwagę do porodu. I to jest chyba najlepsza rekomendacja!

Kochani! Dziękujemy, że towarzyszyliście nam w długiej drodze do rodzicielstwa. Wspieraliście Nas, a my staraliśmy się wspierać Was! Dziękujemy za morze miłości na facebooku i instagramie, gdzie sporo więcej Helenki znajdziecie na instastories. 

Zostaliśmy rodzicami! Powitajcie naszą Helenkę !




« Nowszy post Starszy post »

Komentarze