13.03.2018

Już za chwilę WIELKI DZIEŃ! Sesja z brzuszkiem



Dzisiaj zapraszamy Was na bardzo wyjątkowy wpis i bardzo wyjątkowe zdjęcia. Jesteśmy tuż, tuż przed wielkim dniem, jakim będzie przyjście naszego maleństwa na świat. Zapragnęliśmy sesji z brzuszkiem i chcemy się z Wami podzielić nie tylko jej efektami.



Trudna droga ze szczęśliwym finałem


Ci z Was, którzy są z nami od dawna, od lat, wiedzą, jak długą i bolesną drogę przeszliśmy, by być w ciąży. Towarzyszyliście nam w sukcesach, porażkach i tych największych, najgorszych dramatach, jakimi były utraty ciąży i przekreślanie przez lekarzy naszego marzenia o założeniu rodziny.

Nie poddawaliśmy się! Te trudne doświadczenia były wielką próbą dla naszego związku. Nie dość, że przez lata zmagałam się z kłopotami zdrowotnymi (w tym dwoma operacjami kręgosłupa), Mariusz borykał się z usystematyzowaniem swojej sytuacji zawodowej, to jeszcze musieliśmy przechodzić przez piekło strat.


Kiedy podzieliliśmy się swoją, trudną drogą, dostaliśmy od Was mnóstwo słów wsparcia, za które bardzo dziękujemy. Przysyłaliście nam też maile i pisaliście w prywatnych wiadomościach na facebooku i instagramie, dzieląc się swoimi historiami. Wiemy, przez co przechodzicie. Chociaż każda historia pary i problemów zdrowotnych jest inna, pod kreską, każdy z Nas, po prostu pragnie zostać rodzicem. Niemożność zrealizowania tego pragnienia była dla Nas jednym z bardziej traumatycznych przejść. Mogliśmy zapewnić sobie wiele, pracować, zarabiać pieniądze, pojechać na wakacje, ale nie mogliśmy spełnić swojego największego marzenia. Było nam bardzo trudno!

Chcemy w tym miejscu dać chociaż kroplę nadziei, promień słońca, tym z Was, którzy borykają się z tym samym dramatem. Chcemy Wam powiedzieć, abyście się nie poddawali, szukali lekarzy, specjalistów, tak, jak My. Ale przede wszystkim, byście się wspierali! Bez wzajemnej siły, czy to w związku, czy w małżeństwie, bez wsparcia specjalisty, jakim jest psycholog, takie przeżycia potrafią zniszczyć życie. Nie poddawajcie się i bądźcie sobie solidnym ramieniem, na przemiennie.

Jesteśmy przekonani, że wiele z Waszych trudnych sytuacji zdrowotnych, dzisiejsza medycyna może rozwiązać! Dokładnie, tak, jak było w Naszym przypadku. Życzymy Wam tego z głębi serca!


Nie takie różowe początki


O naszej ciąży napisaliśmy Wam dość późno, bo w październiku. Chociaż sami wiedzieliśmy o niej od lipca. Pamiętam dzień odebrania wyniku badań krwi. Pamiętam tą nieprzemożną radość, że się udało! Wraz z wielką radością przyszedł też wielki strach. Każda Kobieta, która przeszła przez to, co ja, wiem o czym piszę. Tatusiowe też.

Trudne początki dały nam w kość! Nie mówię tylko o ekstremalnych pierwszych tygodniach, w których nie mogłam się podnieść z łóżka, nudności i wymioty były prawie patologiczne. Nie mogłam w ogóle funkcjonować, jadłam tylko ryż i landrynki miętowe przez wiele tygodni.

Najgorsze pojawiło się niespodziewanie, i nie dzieliliśmy się tym z Wami wcześniej, ale na samym początku (w piątym tygodniu) wylądowaliśmy w szpitalu z zagrożeniem utraty kolejnej ciąży. 

Nie ma słów by opisać, co wtedy czuliśmy. Siedzieliśmy na szpitalnym łóżku i płakaliśmy oboje. Lęk był tak wielki, że obezwładniał całe ciało. W tym wielkim stresie, nie chciano nam wykonać żadnego badania, tłumacząc się tym, że na oddziale ginekologiczno- położniczym nie ma w nocy na dyżurze żadnego lekarza ginekologa (!). Mariusza wyrzucono z oddziału, kiedy domagał się dla mnie USG. Robił to z obawy o moje zdrowie, bo jedna z naszych strat skończyła się wylewem krwi i bezpośrednim zagrożeniem utraty życia. Przeszłam skomplikowaną operację ratowania życia. 

Zostałam sama, bez konsultacji lekarza, w strachu, płakałam całą noc.


Na badania czekałam dwa dni (!). Nie tylko moja sytuacja potęgowała stres. Nie sposób napisać, bo brakłoby mi wykrzykników, w jakim stanie leżały ze mną dziewczyny na sali i co się z nimi działo, bez interwencji lekarza.

W końcu doczekałam się USG i potwierdzenia zdrowej ciąży, z prawidłową akcją serduszka. Ze szpitala wychodziliśmy w pośpiechu. Byłam w nim piąty raz, na oddziale ginekologicznym trzeci raz i powiedziałam Mariuszowi, że nigdy nie chcę tam wrócić!

Wielki spokój, moc energii




W trzynastym tygodniu wykonaliśmy standardowe dla tego okresu badania prenatalne. Nie tylko dowiedzieliśmy się, że wszystko w porządku. Poznaliśmy płeć maluszka, z radością akceptując, iż powitamy w rodzinie kolejną dziewczynkę ! Od tego czasu poczułam się znacznie lepiej, a z tygodnia na tydzień, zamiast kilogramów, z początku, zaczęło mi przybywać energii i siły.


Poczuliśmy też spokój. Po słowach profesora "Proszę się  już przestać bać i zacząć cieszyć ciążą", nasz strach zaczął się oddalać. Z tygodnia na tydzień brzuszek się zaokrąglał, a wraz z nim rosła nasza radość. Pierwsze ruchy, które poczułam dość wcześnie (w szesnastym tygodniu) zapamiętam do końca życia! Pierwsze ruchy, które kilka tygodni później poczuł Mariusz, bardzo go wzruszyły. Jak każde badanie zresztą, na których starał się żartować. Ale chociaż siedział za mną podczas USG, słyszałam, jak płyną mu łzy. Ja na każdym badaniu płakałam tak mocno, że miałam zalane całe uszy i musiałam prosić lekarza, aby pięć razy powtarzał, co tam widzi, i, że wszystko jest w porządku.


Wiele zależy od ludzi, charakteru i podejścia do życia, ale w naszym wypadku, nasze doświadczenia, przyczyniły się do tego, że od początku towarzyszył nam nie tylko wielki strach, ale też wielka miłość.

Mariusz od kiedy tylko dowiedzieliśmy się o ciąży, mówił do brzuszka. Prosił ziarenko żeby rosło zdrowe i opowiadał, co będziemy robili wspólnie, kiedy już przyjdzie na świat. Takie chwile bardzo nas umacniały i potęgowały nadzieję.

Wraz z prawidłowym rozwojem ciąży, z kolejnymi badaniami i zdjęciami małej, nasza miłość rosła (i rośnie nadal). Ja, w związku z bardzo dobrym samopoczuciem, pozostałam mocno aktywna i jestem bardzo wdzięczna, że poza trudnymi początkami, nie dotknęły mnie żadne ciążowe kłopoty, choroby, problemy. Cieszę się, iż mogłam przeżyć ten czas poza łóżkiem, chociaż neurochirurg, który operował mój kręgosłup po wypadku, kazał nam się liczyć z taką opcją.

Nie tylko Mariusz bardzo o mnie dbał i dba nadal. Systematycznie spotykałam się z rehabilitantem, który przeprowadził mnie celująco przez całą ciążę. Dopiero teraz, na samiusieńki koniec pojawiły się bóle kręgosłupa. Do zniesienia, bardziej przypominające dyskomfort. Bardzo polecam Wam opiekę takiego specjalisty, nawet jeśli nie przechodziłyście operacji kręgosłupa. Ja korzystam z jego pomocy do samego porodu i spotkamy się już kilka dni po wielkim dniu, by dalej ratować moje plecy.

Uzasadniona nadgorliwość


Osoby, które przeżyły np. wypadek samochodowy, albo nigdy już do auta nie wsiadają, albo są bardzo ostrożne.  W naszym wypadku pojawiła się właśnie ta wzmożona ostrożność. Wiele osób, powtarza głupie powiedzonko, iż "ciąża to nie choroba", że Kobiecie wolno wszystko, itd. Choroba nie, ale pewien odmienny stan z pewnością i każda z Nas, ma inny organizm, inną historię, i to one powinny determinować nasze aktywności i możliwości w trakcie ciąży.

Bardzo mnie raziły i godziły głupie uwagi, czy słowa o tym, że jak nie ta ciąża to następna, że ludzie się starają 10 lat, a my tylko 3,5 roku, że właśnie ciąża, to nie jest stan patologiczny i co, będzie to ma być. Tak mówią ludzie o niskim poziomie empatii lub niedoświadczeni przez życie.

Dla nas jest to prawdopodobnie ostatnia ciąża i od początku, przygniatała Nas myśl, że kolejnej próby nie będzie. Wyobraźcie sobie ten ciężar i lęk na barkach.

Nie tylko bardzo o siebie dbałam, ale też starałam sobie zapewnić najlepszą opieką medyczną i wszystkie możliwe udogodnienia.


Dla swojego spokoju, bez zdziwienia Mariusza, od piętnastego tygodnia ciąży mieliśmy w domu detektor tętna płodu. A każdy niepokój, sytuację, w której czułam się gorzej lub dziwnie, konsultowaliśmy niezwłocznie w prywatnym gabinecie lekarskim.

Całą ciążę miałam właściwie dwie opieki medyczne. Korzystałam z abonamentu prywatnych usług medycznych, ale dla prowadzenia ciąży szukałam naprawdę wybitnego specjalisty. Nie znalazłam takich rekomendacji o ginekologach w sieci prywatnej, więc wybrałam lekarza z rekomendacji.

Nie tylko tutaj byłam nadgorliwa. Badania prenatalne (trzy badania USG) ciąży dodatkowo wykonywałam u znakomitego profesora, którego dokładność podczas badań, ale też życzliwość względem naszej ciąży, podwajała nasz spokój.

Nie żałujemy żadnej wydanej złotówki. I nie był (nie jest) to koniec naszych inwestycji, w zapewnienie nam wysokiego poczucia komfortu w trakcie ciąży i na ten wielki dzień.


Licząc się z faktem, iż nasza córka prawdopodobnie nie będzie miała biologicznego rodzeństwa, zdecydowaliśmy się na bankowanie krwi. To nie był jedyny powód. Jesteśmy fanami rozwijającej się medycyny. Życzymy sobie nigdy nie musieć skorzystać z tego ubezpieczenia, które zapewniamy nie tylko naszej córce, ale również po części, sobie.

Wraz z końcówką ciąży aktywność małej zmieniała się coraz bardziej. Co naturalnie budziło mój niepokój. Wybór życia na wsi przyniósł nam wiele korzyści na czas ciąży (spokój, bliskość rodziny). Ale z drugiej strony jesteśmy oddaleni ok 35 km od szpitala, od Łodzi. Była już sytuacja, w której przez kilka godzin nie czułam ruchów małej, wykonałam szereg zaleceń (słodkie jedzenie, położenie się na boku po godzinie), ale po ponad dwóch godzinach byłam już niespokojna. Detektor tętna, który mamy w domu, pozwolił mi tylko odpowiedzieć na pytanie, czy serce dziecka bije, ale dalej nie miałam pewności, czy wszystko jest w porządku.

Nie ryzykując dłuższej podróży udaliśmy się najbliższego szpitala, poza Łodzią. Na prywatną wizytę. Wykonano mi badanie KTG, położna skierowała nas na konsultację do lekarza, wiecie, jakimi słowami uraczył nas ów specjalista? Nie spojrzał nawet nawet na wydruk badania, burknął pod nosem "No jest Pani w ciąży" i odszedł na pięcie!

Po takim doświadczeniu, nie wahaliśmy się zbyt długo. Postanowiliśmy zamówić do domu urządzenie KTG (wypożyczyć je). Dzięki temu, 24h/na dobę, jesteśmy pod opieką położnej i lekarza. Badanie mogę wykonać w dowolnym momencie dnia (również w nocy). Czuję dużo większy komfort w tych ostatnich dniach, aniżeli podczas wspomnianej wizyty w szpitalu.

Przed nami wielki dzień!


Od potwierdzenia informacji o tym, iż jesteśmy w ciąży szukałam placówki prywatnej do porodu. Rozmawialiśmy z rodziną, przyjaciółmi, z Wami. Najwięcej rekomendacji dostaliśmy o szpitalu Pro Familia. Jeszcze w minionym roku udaliśmy się tam na warsztaty oraz na wycieczkę po szpitalu.



To ten spacer po placówce, możliwość zobaczenia sal, porozmawiania z życzliwym, uśmiechniętym personelem medycznym, utwierdził Nas w wyborze. Szpital, poza profesjonalną obsługą medyczną, stosuje w praktyce wszystkie, ważne dla Nas wytyczne. M.in. obecność Mariusza, kangurowanie przez niego z małą tuż po porodzie, możliwość spędzenia wspólnie pierwszych dni (pozostanie męża/partnera w szpitalu). 

Już po pierwszej wizycie w tym miejscu, poczuliśmy spokój. Zdajemy sobie sprawę, iż tego wielkiego dnia pochłoną nas nieznane wrażenia. Adrenalina, endorfiny, dopaminy. Czeka nas koktajl emocji. Mamy tego względną świadomość. Ale mamy też to poczucie, jak będziemy zaopiekowani i przez kogo. To daje wielki komfort, który możemy sobie zapewnić jeszcze przed porodem.

Miałam wyjątkową przyjemność odbyć dla Was drugi taki spacer po szpitalu, wraz ze wspaniałą położną, Panią Ireną Rychta. Możecie zobaczyć, jak szpital wygląda od środka. Ale nie tylko! Wywiadu udzielił mi również Pan Doktor, anestezjolog, neonatolog, Paweł Krajewski. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji zobaczyć placówki podczas warsztatów lub takiego "hospital tour" z przedstawicielem szpitala, to jest mi niezmiernie miło zabrać Was dzisiaj na taką wycieczkę. Musicie tylko założyć ochraniacze na buty :)




Czekamy na Ciebie, córeczko!



To była długa droga. Kilka lat. Wiele przepłakanych w bezsilności nocy. Naprzemiennie kłótnie i wspieranie się. Wzmocnienie relacji. Budowanie nowej siły w sobie. Nieskończona ilość wizyt lekarskich. Badań. Rozmów. Wyników. Odmów i w końcu nadziei.

Czekamy na Ciebie, córeczko! Jesteśmy gotowi, na tyle, na ile człowiek może być gotowy. Zrobimy wszystko, by Twoje przyjście na świat było pięknym wspomnieniem. A kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata Twojego życia wypełnimy dla Ciebie miłością, w rekompensacie za wielką radość, jaką dla Nas jesteś, od pierwszego uderzenia Twojego małego serduszka.



I damy Ci na imię.. Helenka.


Przyznam, że od pierwszych tygodni ciąży, kiedy czekaliśmy na pierwsze badanie prenatalne, córka miała mieć na imię.. Kazimierz:) Kiedy dowiedzieliśmy się, że rośnie nam mała dziewczynka, właściwie byliśmy jednomyślni w wyborze dla niej imienia. Helena to nie tylko imię Babci Mariusza, ale też imię, które kojarzy mi się z silną Kobietą, na jaką chciałabym wychować naszą córkę.

Za kilka dni spotkamy się już z Wami we trójkę. Mamy ciarki na plecach, motyle w brzuchu i łzy w oczach. Czekamy!

« Nowszy post Starszy post »

Komentarze