03.09.2017

Ślub cywilny i przyjęcie weselne. Kolorowe stroje nowożeńców

Minął dokładnie rok od naszego ślubu i chciałam go w kilku zdaniach podsumować, odpowiadając na najczęściej przez Was zadawane pytania.


Pytaliście często, o to, dlaczego ślub cywilny? Czemu nie wesele z rozmachem ? Skąd pomysł na takie krejzi stroje dla nowożeńców? Wielu z naszych Czytelników, tych z Was, którzy Nas już trochę znają, pewnie zrozumiało od razu. Ale dla Nowych z Was i w ramach podsumowania minionych miesięcy, dzisiejszy wpis.


Ślub cywilny




Mariusz jest wierzący, ale nie praktykujący. A ja jestem uczciwie nie wierząca. Rodzina Mariusza nalegała na ślub kościelny. Moja rodzina cieszyła się, iż w ogóle zdecydowałam się na zawarcie związku małżeńskiego. Przyznam, iż gdyby Mariusz był praktykującym katolikiem, pewnie nie mieszkałby ze mną przez cztery lata "bez ślubu", chodziłby co niedzielę do Kościoła, a nie jeździł na ryby i realizował dekalog przykazań. Wówczas, z szacunku to jego religii i praktyk, może ukłoniłabym się w temacie ślubu kościelnego. Chociaż, nie ukrywam, osoby innego wyznania lub braku wyznania traktują ślub kościelny jako swoistego rodzaju karę, czy nawet pogwałcenie ich poglądów. Byłoby mi bardzo trudno zrealizować ślub w takim formacie.

Od zawsze byłam buntowniczką. Jestem pyskata, mam swoje mocne zdanie, nie dostosowuję się, bo wypada. Tak zostałam wychowana. W liberalnej, demokratycznej, nie narzucającej niczego rodzinie. I za to dziękuję, bo mój światopogląd nie wynika z obycia w pewnym środowisku, tylko kształcił się przez poznawanie ludzi, kultur, podróże. Uważam, iż wszystko jest dla ludzi, dopóty nie jest komuś narzucane, indoktrynowane, czy wciskane. 

Przez te cztery lata wspólnego życia z Mariuszem, ja nawet nie chciałam ślubu. Ta potrzeba przyszła z dwóch powodów, czułam iż dla Mariusza to ważne i w praktyce, z moimi kłopotami ze zdrowiem, w placówkach medycznych nie szanowano Mariusza. 

Kiedy Mariusz mi się oświadczył, wiedziałam, że powiedziawszy A, będzie trzeba powiedzieć B. Poprosiłam go jednak, by nie zmuszano mnie do obrządków, z którymi się nie zgadzam. I tą drogą doszliśmy do kompromisu, jakim jest ślub cywilny. Ponadto głęboko wierzę, że ludzie dorośli mają prawo podejmować swoje, własne decyzje, a szacunek do rodziców wyraża się w codziennym ich traktowaniu, w byciu dobrym człowiekiem, nie zaś w realizowaniu ich marzeń i pragnień.

Wybierając miejsce ślubu, nie kierowałam się estetyką urzędu, bo spędzamy w nim piętnaście minut, z życzeniami pół godziny. Wybraliśmy urząd blisko miejsca naszego zamieszkania oraz ultra blisko miejsca samego przyjęcia weselnego. I po czasie, jesteśmy bardzo zadowoleni z tego posunięcia.

Przyjęcie weselne zamiast wesela




Po przejściu przez ten element organizacji, nastąpiło kolejne zderzenie ze ścianą różnych poglądów przy temacie "wesela". Mój Mariusz uwielbia huczne imprezy, najlepiej na 200 osób, z orkiestrą, wielbłądami i całym tym polskim rozmachem. Ja nie. Nie będę się rozpisywać, iż nie zrozumiałe jest dla mnie jedzenie czternastu potraw od 19:00 do 6:00, udawanie iż uda nam się porozmawiać z każdym z dwustu gości, i że w ogóle znamy połowę z tych osób. Dla mnie decyzja była prosta- nie stać Nas na wesele, więc urządzamy przyjęcie weselne. Nikt nie będzie brał kredytu na jedno-nocną imprezę, bo wolę spłacać kredyt za mieszkanie, które kiedyś przekażemy dzieciom. Nie będziemy wyciągać od rodziców pod 30.000 złotych, bo mamy ponad trzydzieści lat i po prostu nam nie wypada. 

Powiem Wam, że zorganizowanie przyjęcia weselnego to same kłopoty. Wiecie dlaczego? Bo rynek ślubny, zakłada tylko śluby kościelne i duże wesela. Szukanie miejsca na zorganizowanie takiego przyjęcia było drogą przez mękę! Nawet nieduże restauracje, odmawiały wynajęcia sali na 40 osób, bo po prostu im się to nie opłaca. Lub, dla zachowania równego rachunku, dawali taką ceną, abyśmy zrezygnowali. Podpowiem Wam w tym miejscu, iż szukając takiego miejsca, nie mówcie przez telefon, czy podczas spotkania, iż to przyjęcie weselne. Powiedzcie, że to urodziny. W przeciwnym razie spotkacie się z próbą wciśnięcia Wam siedmiu ciepłych dań na kilkugodzinne spotkanie, zderzycie się z próbą nawrócenia Was na ślub kościelny oraz wysłuchacie niezliczonych rad, na temat dozgonnego żalu, który będzie Wam towarzyszył za nie wypicie kieliszeczka z nigdy nie widzianymi wujkami i ciociami.

Od momentu, kiedy ukrywaliśmy fakt ślubu, szukanie miejsca poszło znacznie szybciej. A po wpłaceniu zaliczki i podpisaniu umowy, wyjaśniłam wszystko menadżerce lokalu. Jaki lokal finalnie znaleźliśmy? Zabytkowy pałacyk, mieszczący się w parku, przy stawie, z wierzbami płaczącymi. Świeżo odmalowany, klimatyzowany i ze sprawdzonym cateringiem. Strzał w dziesiątkę. Miejsce, które pomieści do 100 osób, ale organizujące przyjęcia również na 30. Dlaczego? Bo nie jest otwarte na co dzień, tylko na zorganizowane imprezy. Lokal znajduje się bardzo blisko Urzędu Stanu Cywilnego, więc logistycznie, dla Naszych Gości, było to również udogodnieniem. Dworek jest też odpowiednio zabezpieczony do użytkowania przez najmniejszych Gości.




Czas trwania, ilość jedzenia na przyjęciu weselnym





Ile trwało nasze przyjęcie? Kilka godzin. Ślub był o godzinie 15:30, więc biesiada rozpoczęła się około 16:30. Po godzinie 23:00 ja byłam już gotowa do położenia się. Mój kręgosłup po prostu powiedział dość.

Na taki czas trwania przyjęcia mieliśmy zamówiony pełen obiad na początek, dodatkowe ciepłe danie oraz żurek na sam koniec. Było mnóstwo przystawek, wędlin, ciast i rzecz jasna tort. Czy zabrakło czegokolwiek? Nie, wszystkiego było wręcz za dużo. Mnóstwo jedzenia i przystawek zostało rozdane gościom oraz wyrzucone. Spokojnie mogliśmy poprzestać na obiedzie plus żurku. Przystawek mogło być przynajmniej o 30% mniej. To samo tyczy się ciast. Pozostało też sporo napojów, również alkoholowych. 

Czego żałujemy? Nie pomniejszenia MENU. Tutaj głos z rodziny nalegał by dopisać "jeszcze ciasta, jeszcze jedno danie, jeszcze 10 litrów". Błąd. Słuchajcie siebie. Młodzi ludzie często mają zdrowsze podejście do tego typu wydarzeń. Nasi rodzice, z pokolenia "zastaw się, a postaw się", lubią przesadę. To widać każdorazowo po świętach, czy innych przyjęciach, gdzie marnuje się nie pojęta ilość jedzenia. Ja się z tym nie zgadzam. Wolę aby talerze i stół zostały puste, niż bym była zmuszona wyrzucać jedzenie do śmieci. 

Tort było proporcjonalny do liczby gości, nieduży i z humorem. On jedyny, jeśli chodzi o gabaryty jedzenia na weselu, wpasował się idealnie.


Niesztampowa suknia ślubna i garnitur




Biała suknia nie leżała nawet w moim słowniku. Nie lubię bieli, jako takiej. Nie zgadzam się z fałszywą symboliką tej sukni, która dzisiaj, moim mocno radykalnym zdaniem, jest wyłącznie produktem marketingowym. Rzadko ma coś wspólnego z czystością. Ale nie neguje tego, że Kobiety chcą ją zakładać, bo wszak to nikomu nie szkodzi. Poza portfelem ;)

Od początku wiedziałam iż będę szukała krawcowej. Dlaczego? Bo nie mam typowej budowy. Jestem raczej korpulentną kobietą, z krótkim torsem, w miarę zgrabnymi nogami, sporym biustem i szerokimi ramionami. Była to najlepsza możliwa decyzja, bo mogłam mieć nie tylko piękny fason sukni, dopasowany do swojej sylwetki, ale przede wszystkim w wymarzonej szacie kolorystycznej. Mariusz nawet przez chwilę nie protestował, kiedy zobaczył jaką tkaninę wybrałam. Nikt nie spodziewał się zobaczyć mnie w pastelowej bombce. Maniek zaskoczył mnie wówczas swoim ekstrawaganckim podejściem. Sam zdecydował iż garnitur nie będzie neutralny. W jego przypadku zaczęliśmy, na przekór, od dodatków: musztardowych skarpet i muchy. A później sam pojechał do sklepu i dobrał piękny, jasno kobaltowy garnitur, kontrastujący z moją sukienką. Jak widzicie, muszka nie pasowała do kolorów z mojej sukienki. Nie szukaliśmy też kodu koloru między suknią, a garniturem. Mimo tego, wyglądaliśmy kozacko. Nie bójcie się realizować w tej kwestii swoich najodważniejszych marzeń. Warto!


Kogo słuchać podczas organizacji ślubu?




Siebie nawzajem. Mamy XXI wiek, pary decydują się na ślub coraz później. Może gdybyśmy brali go, mając po 20 lat, z pokorą zrealizowalibyśmy przyjęty w społeczeństwie kanon i wszystkie pragnienia naszych rodzin. Ale czasy się zmieniły, i piszemy to z głębi serca. Nie żałujemy niczego! Ponieważ wszystkie decyzje podejmowaliśmy samodzielnie, licząc się ze swoim wyłącznie zdaniem. Bez kompromisów, bez naciągania struny, bez realizowania cudzych marzeń. Bo ślub, naszym zdaniem, nie ma książkowej definicji. Nie musi być huczny, z białą suknią przed ołtarzem i świecącą w ciemnościach świnią z jabłkami zamiast oczu. Ślub, to obietnica, którą składa sobie dwoje ludzi w bardziej ceremonialny niż, na co dzień, sposób. Podejmujcie więc takie decyzje, które będą zgodne z Wami, i z którymi będziecie czuli się na 200% komfortowo!




Co zmienia ślub?


W naszym wypadku kompletnie nic. Żyliśmy wspólnie ponad trzy lata, pod jednym dachem. Ze swoimi charakterami, problemami, dramatami, sukcesami, porażkami i codziennością. Nauczyliśmy się siebie już trochę i urzędowe potwierdzenie tego, nie zmieniło w Nas nic. Kochamy się dalej. Wspieramy. Pokonujemy trudności, kłócimy się, śmiejemy i płaczemy. Po roku od ślubu, Mariusz tylko częściej żartuje sobie z tego, jak nie konwencjonalną jestem żoną. A ja czerpię przyjemność, rozmawiając z kimś, przedstawiając go jako Męża, a nie partnera, czy narzeczonego. Chociaż, kiedy był moim partnerem, a później narzeczonym, było mi równie miło. A co sądzi Mariusz ?

Cytuję:

"Ogólnie jest gorzej (śmiech). Przed ślubem prawie w ogóle nie jeździłem na ryby, a teraz nie jeżdżę wcale. A tak serio. Po ślubie jestem pewien, że to był dobry wybór. Teraz mam żonę, towarzysza do końca życia."

I ja też tak to czuję Kochanie. Mój towarzyszu, do końca życia!

Tym akcentem mówimy Wam do zobaczenia!


« Nowszy post Starszy post »

Komentarze