22.07.2016

Bierzemy ślub! Będzie się działo


A to my jesteśmy! I w końcu czas pochwalić się oficjalnie radosną nowiną. Część z Was już gdzieś tam doczytała, a dla tych, co nie mieli okazji...

Bierzemy ślub! Trzeciego września, bieżącego roku. Nie planowaliśmy go wybitnie długo, nie zakładaliśmy w ogóle, iż "musimy" go wziąć. Ale pewne okoliczności losowe, zdrowotne, skłoniły nas do refleksji, że bezpieczniej będzie dla nas obojga, jeśli formalnie nasz związek będzie widniał w ewidencji;) Niech Was nie zraża nasze podejście. Ani ja, ani Mariusz, nie marzyliśmy od dzieciństwa o ślubie, ołtarzu, wiankach, białej sukni i hucznym weselu. Kochamy się mocno, nasz związek nie ma długiego stażu, bo to cztery lata, ale zdążyliśmy przepłynąć już razem ocean problemów. Od wielomiesięcznego bezrobocia, przez kilkumiesięczne rehabilitacje po poważnych operacjach. Nie dotykały nas problemy zdrad, nałogów, czy też monotonii. Za to los ładował w nas pociskami grubego kalibru. Mamy wielki szacunek do swojego uczucia, do siebie nawzajem. Za siłę i upór, w jakim wspomagamy się w trudnych momentach, momentach żalu, bólu i cierpienia, opieki. By trwać ze sobą. Bo zjedliśmy przez te cztery lata konkretną beczkę soli i mam wrażenie, że zwykła proza życia i jej "problemy" nie robią już na nas większego wrażenia.

Mariusz chciał ślubu. Od samego początku, kiedy się poznaliśmy dawał mi do zrozumienia, że nie traktuje naszego związku, jako kolejnej znajomości. Zresztą ja też traktowałam go poważnie. Po trzech miesiącach zaproponowałam mu by ze mną zamieszkał. Nie wnosił sprzeciwu :) Ja zaś wprost mówiłam, że te ślubne ceremoniały, to nie dla mnie. I, że kocham go bardzo, ale bez papierka. Trwałam w tym przeświadczeniu pierwsze dwa lata. Dwa lata, w trakcie, których Mariusz zmieniał pracę sześć (!) razy, a ja wylądowałam nagle w szpitalu, tracąc czucie w rękach i nogach, na operacji kręgosłupa. Brzmi dramatycznie? Tak było. Przetrwaliśmy.

Z biegiem czasu, tych prób, kłód, które dostawaliśmy pod nogi, śmialiśmy się przez łzy, że zamiast okresu zakochania, sielanki, randek, jeździmy pomiędzy urzędem pracy, kolejnymi rozmowami o pracę, a szpitalami, wspierając się wzajemnie i powtarzając, niczym mantrę "Będzie dobrze".

"Dobrze" jednak, nie chciało przyjść. Kręgosłup złamał się powtórnie, Mariusz kolejne dwa razy zmieniał pracę (albo trzy nie pamiętam ?) i zastanawialiśmy się, czy jesteśmy przeklęci, czy jak?

Wtedy, około półtorej roku temu, dałam mu do zrozumienia, że może ślub cywilny to nie jest najgorszy pomysł? Że tyle spraw byłoby nam łatwiej załatwiać, bo dopóty w tym kraju, ktoś łaskawie nie pozwoli legalizować związków partnerskich, przy każdym dramacie mamy pod górę (jakby dodatkowa kara, bez sensu).

Uczciwie przyznam, że nie sądziłam, iż po moim wieloletnim zniechęcaniu go do tego przedsięwzięcia, podejmie to wyzwanie, ale podczas moich 30-tych urodzin, przyklęknął w starym autobusie (w którym z przyjaciółką, w gronie najbliższych przyjaciół urządzałyśmy przyjęcie) i chyba z wrażenia, nawet nie spytał, tylko spojrzał się na mnie, tymi swoimi błękitnymi ślepiami i założył pierścionek :) <3


To taki symbol, którego dotychczas nie rozumiałam, bo przecież kiedy pytał mnie, czy go kocham, odpowiadałam, że kocham i, że chce z nim iść przez życie. Ale zrozumiałam też, ile dla niego znaczy słowo MAŁŻEŃSTWO i, że jak mogłabym, po tym wszystkim,co wspólnie przeszliśmy, nie podarować mu tej swojej ręki? :)

Oczywiście, pomiędzy falami dramatów, mieliśmy i zwykłe problemy,a także mnóstwo radości. Staramy się czerpać z tych chwil. Później jest lżej, kiedy przychodzi kolejny cios. Maksymalnie wykorzystujemy dobre tygodnie, czy miesiące. Spędzamy ze sobą czas. Patrzymy na świat i na siebie. A później wspólnie, w jednym kierunku.


Lubię w Mariuszu to, że jest takim pieszczochem. Życzę każdej Kobiecie czuć się tak piękną, jak ja mogę przy swoim Mężczyźnie. Przy swojej sporej posturze, ma gołębie serce i jest misiem - przytulaskiem, co tak rzadko się zdarza mężczyznom.
Kocham Go za to!



Dla obojga nas ważne są pasje. Mariusz ma swoją (wędkarstwo), ja swoją (refreszing). Cieszę się, że M. wspiera mnie we wszystkich moich projektach, dając mi wolność i przestrzeń do moich działań. Sam zaś, kiedy chce odpocząć, zresetować się, zamiast uwalić się piwskiem w podrzędnej knajpie, pakuje kosz i 13 metrową wędkę i jedzie w siną dal.



Lubię się z nim wygłupiać, bo seriozalnych spraw doświadczamy na tyle dużo, że bez poczucia humoru szłoby oszaleć. Lubię z nim stroić miny, dokuczać, szczypać, śmiać się do łez. Lubię, kiedy się przedrzeźniamy, wytykamy wzajemnie, po to tylko, aby na koniec mocno się przytulić ;)


Mariusz to wyjątkowy mężczyzna. Nie ma ze mną lekkiego życia, bo mam swój mocny, feministyczny charakter i próbuję rządzić w każdej sferze naszego życia. I chociaż daje mi to jakieś przyjemne poczucie kontroli, wiem, że bez jego osoby, trzymanie tego steru nie miałoby najmniejszego sensu. Bo chociaż zdradza mnie notorycznie.. z wędkami i doprowadza do szału, jak żadna inna istota na ziemi, gdyby miało go nie być, po prostu przestałoby mi się chcieć oddychać. Bez niego nic by nie było, koloru, uczucia. Bez jego silnego ramienia i czułych pocałunków nie przetrwałabym już ani jednej burzy! Dziękuję Ci, kochanie, chociaż wiem, że nie czytasz mojego bloga :) Może czas, aby stał się NASZ ? :)

Przygotowania niedużej ceremonii i przyjęcia weselnego nie były długie,ale trudne. Wpierw przez tydzień zmagałam się z właścicielami restauracji, którzy albo:

a) próbowali mnie przekonać do ślubu kościelnego, bo tak jest poprawniej
b) nakłonić mnie na przyjęcie w niedzielę o 12:00, bo dla nich będzie to wygodniejsze
c) zwiększyć liczbę gości z 50 do minimum 150, bo inaczej im się do nie opłaca/ opcjonalnie/ bo "Będzie Pani żałować całe życie"
d) wziąć ślub w tajemnicy przed rodziną w piątek, a następnie przyjść do nich w niedzielę, z urzędnikiem, który uda, że udziela nam ślubu (hit!)
e) zmuszali mnie do zakupu alkoholu w cenie 400% i tortu w cenie 200% regularnych cen

Finalnie, znaleźliśmy uroczy, stary dworek (?), w miejscu, w którym nikt by się tego nie spodziewał (nad stawem, w parku, rzut beretem od USC). I tam właśnie będziemy świętować 03.09 :)


Następnie zderzyłam się ze ścianą, szukając sukienki retro. Szczęśliwie trafiłam na Anię z pracowni NATABO, która szyje w tym właśnie stylu. Nie, to nie jest moja sukienka ślubna. Tylko jedna z pięknych w kolekcji Ani:) Moja będzie w stylu retro, ale szyta dla mnie na miarę (krągłości), z rękawkiem i innym dekoltem. Na dzień dzisiejszy tylko tyle Wam zdradzę ;)


Zaraz po wyborze krawcowej, stanęłam przed dylematem wyboru tkaniny.  A, że wybór w Cottonbee ogromny, to wahałam się do ostatniej chwili. Możecie obstawiać, co wybrałam :D
A także zobaczyć video -klik-, na którym każdą z tkanin "przymierzam" do siebie :)


Mam nadzieję, że nie spodziewaliście się delikatnych pasteli, protekcjonalnych groszków (chociaż brałam je przez sekundę pod uwagę), tudzież kremu,a już wybitnie bieli :) Zdarza mi się nosić spokojne w tonacjach ubrania, ale moja dusza, charakter i osobowość to ekscentryczny, rajski ptak (mam zresztą takowego wytatuowanego na plecach;) i sukienka koniecznie musi MNIE odzwierciedlać. Z wyżej widocznych wzorów odrzuciłam donutki i ten geometryczny wzór (drugi od prawej strony). Ale cała reszta chodziła mi po głowie, układałam je przy twarzy, patrzyłam na krój sukienki i się zastanawiałam :) Zgadniecie?

Wybór bucików, w szczególności z uwagi na mój poszarpany i metalowy kręgosłup, to także ważna kwestia i nie chciałam zwykłych szpilek. Długo szukałam odpowiedniego producenta i z polecenia kilku koleżanek postawiłam na markę WITT.

Mariusz też nie miał lekko, szukając garnituru. Garnitur na 200cm wzrostu, nie czarny, szary, granatowy,czy grafitowy... Po prostu mission impossible. Szczęśliwie trafił w końcu na swój wymarzony. Nie tylko znalazł go w odpowiednim rozmiarze (sprawa kluczowa), ale dodatkowo w pięknym, wymarzonym kolorze. Jakim? A to Ci z Was co, śledzą mnie na snapchat (refreszing) i instagramie (także), już wiedzą :)

Podjęliśmy również decyzję, iż będziemy chcieli "trochę" przystroić salę i stół. Jakbym mogła sobie odmówić stworzenia kilku projektów DIY-zrób to sam, z okazji ślubu? Nie mogłabym! Do ich wykonania zaprosiłam markę Śnieżka i Vidaron. Szykujcie się na coś pięknego !

Peuntując :) Tak wygląda nasze zaproszenie. 
Zaproszenia sama zaprojektowałam (od grafiki, przez foto)
i wydrukowałam. Opowiadam o nich i ślubie trochę więcej na tym filmiku -> klik .



Chciałabym Was tym zaprosić do cyklu postów: 

"PROJEKT ŚLUB",

w których będę Wam pokazywać nasze pomysły. 

Mam nadzieję, że nie możecie się doczekać, że powiecie MAGICZNE "TAK" i będziecie nam towarzyszyć
w przygotowaniach ;)

ŚCISKAMY!
Paula&Mariusz


W tym miejscu serdecznie witamy marki, które będą nam towarzyszyć w tym wyjątkowym cyklu i pozwolą nam uświetnić ten wyjątkowy dzień  <3




« Nowszy post Starszy post »

Komentarze