19.01.2016

Jak przełamać stereotypy w trakcie remontu?


Chcę podzielić się z Wami historią o tym, jak przełamaliśmy trzy stereotypy w trakcie remontu i dlaczego wyszło to nam na dobre. Przedstawię nasze doświadczenie, abyście mogli też wyciągnąć swoje wnioski.


1. Salon to zawsze największe pomieszczenie w domu.

W naszym nie. W mieszkaniu, w gwoli ścisłości. A dlaczego? Coś z czegoś wynika- jak mawiał ktoś mądry. U nas tak się stało. Decyzja o przeniesieniu sypialni do salonu, wynikała z prostej przyczyny- spędzamy tam najwięcej czasu i warto aby był najwyższej jakości. Pozwolił nam na to fakt iż nasze "dwupokojowe mieszkanie" ma niespełna 50m2, ale też dość nietypowy rozkład:



Zgodnie ze stereotypem. Największy pokój, 16,2m2, był salonem. Znajduje się przy nim balkon, ksywka wąski. Bo ma pięć metrów długości i niecałe 80cm szerokości :) Zobaczcie go w trzech odsłonach (kolorowej dzień/ noc i drewnianej). 

Samo mieszkanie po zakupie przeszło tylko niewielki remont. Generalny łazienki, częściowy kuchni i wręcz lekki części między wejściem, a kuchnią. Tak wyglądały poszczególne pomieszczenia prawie cztery lata temu po zakupie i liftingu:





Jeśli chodzi o naszą, głównie moją, jako kierowniczki tego całego, remontowego zamieszania, decyzję, aby przenieść salon do .. tego przedpokoju, który widzicie (na rzucie) zaraz za wejściem, pisałam o niej tutaj. Ta zmiana wynika głównie z moich obserwacji, ponad 3 letnich,z którego pomieszczenia w mieszkaniu najchętniej, najczęściej korzystamy i czego w nim brakuje. Okazało się, że z ..sypialni. Na rzucie wyżej, średni pokój 10m2. I wyszło też na jaw, że jest dla nas za mała. 



Po trosze, obok myśli, że chcemy większej sypialni, w tym samym czasie zaczęła iść myśl, czemu przy przedpokoju, w tej przestrzeni na której w rzucie widzicie jadalnię (de facto nigdy tam nie funkcjonowała), nie zrobić by małego saloniku? I te plączące mi się w głowie myśli doprowadziły mnie do finalnego- TAK. Trudno,w naszym mieszkaniu salon będzie.. najmniejszym pomieszczeniem. W cudzysłowie. Bo jeśli mierzyć krawędzie tej przestrzeni to ma raptem 8,5m2. Ale stała się ona wspólna z kuchnią,bo zrezygnowaliśmy z wyspy kuchennej. 




I obecnie ma w sumie.. 15m2. A więc to niewiele mniej od poprzedniego salonu (1,2m2 mniej), dla przestrzeni strefy dziennej. 

Wiele osób pytało mnie, czy jestem pewna swej decyzji. Cóż, są takie projekty, w których dopiero po wykonaniu jesteśmy w stanie ocenić efekt. Po prostu, w praktyce :) Tak też było w tym wypadku. Ja nie wahałam się specjalnie, bo byłam pewna swojej decyzji. Nie każdy jednak wtórował mojemu pomysłowi i do dziś słyszę zarzuty : "W ogóle nie masz salonu". Cóż. Prawda jest taka, że SALONY to można mieć w domu, dużym apartamencie, a nie w bloku. Mieszkania w bloku, typowe M3, to małe powierzchnie stworzone w latach 60-70-tych dla robotników i napływającej ze wsi ludności. Tzw. duże pokoje, z automatu poświęcano na salon, zaś mały pokój- nawet jeśli był przez ścianę z kuchnią, na sypialnie. Tutaj dodam swoją uwagę, że ja osobiście wybiłabym ścianę między kuchnią,a małym pokojem, tworząc wspólną strefę dzienną. I zostawiając sobie dużą sypialnię. Ale, co do zasady, w takich mieszkaniach żyły często min. cztery osoby. "Dzieci w małym, rodzice w salonie". Na rozkładanej kanapie. W naszym mieszkaniu, ekstra powierzchnią,  jest ten łącznik między drzwiami wejściowymi, a kuchnią, o niedookreślonym przeznaczeniu. Z początku blok był budowany z myślą o robotnikach właśnie (pisałam o tym tutaj), potem dla studentów. Miały być dwa niezależne pokoje i kuchnia z częścią wspólną do spożywania posiłków. Śmiem twierdzić, że architekt / pomysłodawca tego budynku właśnie w tym łączniku widział salonik, który ja staram się stworzyć. Tak też duży pokój w mieszkaniu przestał być salonem,a  stał się naszą sypialnią. Zaś przestrzeń między wejściem, a kuchnią, stara jadalnia, zyskała miano małego saloniku. W nim też pogrzebaliśmy inny stereotyp..



2. Pod oknem zawsze jest parapet (z grzejnikiem)!

Co do zasady tak właśnie jest. To standardowe rozwiązanie. Takie, jak ustawianie mebli pod ścianą. Dla mnie tworzy prozaiczne oszczędności miejsca, bo przy grzejniku i tak nie powinniśmy nic stawiać aby nie było dużej straty ciepła, prawda? Ja borykałam się z decyzją nt. parapetu oraz grzejnika długoooo! Chodzi o tą przestrzeń. Tu już w trakcie remontu.


Trzy duże okna, z pięknym widokiem ciągnące się od ścianki (oddzielającej od przedpokoju), aż do kuchni. I wielki, byczy wręcz parapet. I teraz poznacie moje zdanie o parapetach. Są do d... Tak własnie tam moim zdaniem są potrzebne:) Po pierwsze, primo, kiedy postawimy coś na parapecie to będzie to albo kwiatek, albo kurząca się ozdoba. Po drugie, secundo, nie możemy swobodnie uchylać okna do wietrzenia, bez przesuwania przedmiotów. Ich poruszanie jest potrzebne w trakcie sprzątania, co dla mojego leniwego charakteru, jest po prostu jakąś bezsensowną stratą czasu i energii! Spokojnie, w dużym i małym pokoju zostawiłam parapety, bo ciężko tam było o inną lokację grzejnika bez zmiany projektu na ostatnią chwilę. A tak się właśnie stało w przypadku nowo powstającego saloniku. W ostatniej chwili odwołałam u stolarza wykonanie parapetu pod te trzy okna i kazałam fachowcom usunąć dziada w cholerę! Wtedy mnie też olśniło, że grzejnik tam nie może pozostać i po prostu dałam go na ścianę. Tutaj ściana jeszcze z nie zdemontowaną boazerią:




I tym oto sposobem docieramy do przedpokoju oraz trzeciego stereotypu, który zapragnęliśmy przełamać podczas remontu naszego gniazdka, czyli..

3. W przedpokoju kładzie się tylko kafelki.

No, a my położyliśmy drewno. O zgrozo! Ile ja się nasłucham, o swoim wielkim, wręcz życiowym błędzie. Że z pewnością będę tego mocno żałować i za rok wymieniać podłogę, a także bić się w pierś, odmawiać różaniec i co tam jeszcze pesymiści mi przeczuli.

Nic takiego się nie stanie, wiecie dlaczego? Nie mam magicznej kuli, ale mam rozum i doświadczenie. Przez ostatnie, niemalże cztery lata, w przedpokoju leżały panele. Ich też się podobno nie kładzie. 

Wybaczcie nieporządek, ale w trakcie pakowania latał mi on tam, gdzie światło nie dociera. Widzicie lustro? Po jego prawej stronie, za tym kawałkiem ściany są drzwi wejściowe do mieszkania. I co może nie najlepiej, ale widoczne na zdjęciu  na podłodze są panele. Wyobraźcie sobie, że przez ponad trzy lata nic się z nimi nie stało i już spieszę wyjaśnić dlaczego. Bo było to przyczynkiem do podjęcia decyzji o położeniu drewna w całej tej otwartej przestrzeni.

Po pierwsze charakter budynku. Nie mieszkamy w domu, w którym przydaje się wiatrołap, mocna posadzka i nieśmiertelna terakota na wejściu. Traktowana wiatrem, deszczem, śniegiem gradem. Nie. My mieszkamy w bloku, a żeby było dosłownie w wieżowcu. Na wejściu do klatki znajduje się ociekacz. Więc jeśli śnieg, walił cały dzień, to to pierwsze miejsce, gdzie należy pozbyć się go z butów. Dalej jest klatka schodowa i wejście do windy (z której musimy korzystać, bo mieszkamy wysoko). Przed windą są kolejno dwie przemysłowe wycieraczki. A więc reszta brudku, śniegu, błotka, piasku zostaje na nich. Później windą i do.. I dłuuuuuuugiego korytarza do domu. Ma on od szybu windy do mieszkania ponad 12 metrów.


Tak oto, po dojściu od klatki do drzwi wejściowych skutecznie pozbywamy się zabrudzeń, które są takie straszne dla paneli,a tym samym drewna. A drugą, bardziej pospolitą kwestią, są dywaniki. Zawsze pod drzwiami wejściowymi jest wycieraczka, chyba, że sąsiad ukradnie, oraz -w moim mieszkaniu- dywanik. Miejsce na którym się staje, kiedy zdejmuje się kurtkę oraz obuwie. Jestem więc więcej niż pewna, że nic się tej podłodze nie stanie. Więcej rys drewno zyskało dzięki nieuważnemu rozkładaniu mebli.

To tyle na dziś! Mam nadzieję, że Wy podczas swoich remontów nie będziecie wybierać najbardziej sztampowych, wprost nasuwających się rozwiązań. Oczywiście niepisanym , złamanym stereotypem, jest fakt, ile rzeczy zdecydowałam się w mieszkaniu zrobić sama (oświetlenie, szafa) szukając oszczędności. Czyli mówiąc wprost- nie zdecydowałam się kupować i zamawiać wszystkiego w sklepie. Po pierwsze po to, aby utrzymać budżet, ale także dlatego, że uwielbiam się uczyć. Nie zabrakło fakapów. Jak np. wywaliłam wszystkie fazy w pionie i cała spocona biegałam od bezpieczników w mieszkaniu, do tych na korytarzu i do rozdzielni na dole, trzęsąc się ile telewizorów właśnie spaliłam w bloku, samodzielnie montując zwis w sypialni. Albo kiedy rozrysowałam już szafę w zabudowie do wnęki, docięliśmy wpierw elementy z zapasem 10 cm (nie wiem skąd? jak?), po czym jak już docięliśmy je w markecie poprawnie, okazało się, że ściana jest za.. krzywa :D Ubaw był w pas, dobrze, że mamy wyrzynarkę od świąt i M. anielską cierpliwość. Ale! Zrobiliśmy super mebel, który jest mobilny(tzn.nie przywiercony do ściany, takie było założenie), który będzie miał nie tylko funkcję praktyczną na dziś, ale może stać się też innym meblem w czasie. Przedpokój pokażę Wam już całkiem niebawem. Strzelam foty, kręcę filmy. Montuję. 

Reasumując, nie bójcie się podejmować wyzwań. Często opinia osoby trzeciej, lub spontaniczny pomysł (tzw. oświecenie), sprawią, że przestrzeń, która Was otacza, stanie się przytulna, praktyczna i piękna. Zasada 3P. Niedawno wymyśliłam :) 


W konkursie o postery wygrywają:

1. I Benjamina Franklina- Kry Kry (z fb)

2. Życie to al chem ia- Milena (Ma i Bla)

Gratuluję, proszę o maila na adres refreszing@gmail.com
w temacie: konkurs postery,z  danymi do wysyłki.

Postery możecie sobie darmowo ściągnąć
i wydrukować samodzielnie :)

Ps. Piszę już dla Was ponad 180 raz,
a dodatkowo stuknęło własnie ćwierć miliona odsłon bloga!
Wow! Dziękuję :*



Buziaczki, pierniczki, ciasteczka dla Was !

To do zobaczenia w piątek!





« Nowszy post Starszy post »

Komentarze