08.03.2015

Moje mieszkanie. Historia zakupu



I właściwie na tym mogłabym poprzestać, ale ta historia jest dłuższa i ma swój ciekawy początek, rozwinięcie oraz zakończenie. Ciekawi?

Powstał nowy dział : Moje Wnętrza. Będę się w nim dzieliła z Wami postami z mojego mieszkania.  Żeby oszczędzić sobie trochę pisania, sporo o historii zakupu tego mieszkania przeczytacie w gościnnym wpisie u Joli, która rozpoczęła arcyciekawy cykl "Życie na kredycie". Odsyłam tam Was po kawałek swojej historii -> klik.
To, co możecie przeczytać w tamtym wpisie prowadzi de facto do mojego obecnego mieszkania.  



Początek historii


         Był jesienny wieczór, kiedy postanowiłam zacząć szukać większego mieszkania. Nie było mi źle, żyłam w przestronnej kawalerce i dla singielki miałam aż nadto. Wiatr wiał mi w plecy, ceny mieszkań spadły, nabywałam doświadczenia w przedstawicielstwie, w nowej branży i stwierdziłam, iż to dobry moment na podniesienie swojego status quo. Po wielu latach pracy w branży nieruchomości szukanie swojego, wymarzonego M wcale nie jest prostsze. Ilość naleciałości i zboczeń zawodowych doprowadziła do tego, że całą jesień spędziłam szlochając przed komputerem- "Nie czeka mnie nic lepszego" i zapijając smutki dobrymi, wytrawnymi trunkami. Po Nowym Roku nie dopadła mnie nowa energia. Z przyjaciółmi, którzy wyjechali z Łodzi do Krakowa zasiadłam na Skype, z lampką białego w ręce oznajmiłam, że się poddaję. Poruszaliśmy, co chwila, radośniejsze tematy, więc i trunek ubywał szybko, a że mam podzielną uwagę, jedną ręką obsługiwałam komunikator zaś drugą operowałam przy wyszukiwarce nieruchomości. Stan mój jednak wesoły był do tego stopnia, iż wyłączyłam wszystkie filtry, a miałam tendencje zaznaczać ich sporo. Oczywiście był filtr ceny i lokalizacji, bo jedno z drugim dość zasadnie się łączy. Mieszkałam w tamtym czasie na Łódzkich Bałutach, blisko popularnej Manufaktury. Bardzo sobie chwaliłam to mieszkanie i po prostu brakowało mi w nim jednego pokoju więcej. W tamtej też lokalizacji, w niskim bloku z cegły, szukałam swojego wymarzonego M-3.
Ale jak wspomniane, owego wieczoru, wyłączyłam niechcący moje wymagania. I tak sobie radośnie powróciłam z przyjaciółmi do szczenięcych lata, w przerwach zerkałam na ekran komputera aż zobaczyłam:

Tutaj większość z Was może podrapać się po głowie i zapytać "Ale o co chodzi?". Śpieszę wyjaśnić. Trzy lata wstecz byłam w posiadaniu innego mieszkania. Na etapie projektowania wykończenia rysowałam swoją wymarzoną kuchnię, była czerwona i z szachownicą na podłodze. Nie dysponuję co prawda tym rysunkiem, choć daje sobie za punkt honoru odnaleźć go kiedyś dla potwierdzenia tej historii.
No i tak buzuje mi to wino w głowie, patrzę na to zdjęcie i myślę sobie: niemożliwe. Mój rysunek. Tylko i wyłącznie z ciekawości klikam w ogłoszenie. Bo cena przekracza o prawie 50.000zł zakładany budżet, lokalizacja Centrum i jeszcze wieżowiec. No nie, nie, nie. Ale klikam w te zdjęcia jak ciele, bo już weszłam i czytam to ogłoszenie. Że dwa pokoje, że centrum ale nie przy Piotrkowskiej (wbrew pozorom deptak w Łodzi choć piękny nie ma przychylnej opinii z uwagi na zaniedbane kamienice w około), że ma balkon.. I mimo, iż cena powyżej zakładanego kredytu, to za metr kwadratowy atrakcyjna. Hmm. Jest mi tak wesoło, że chwytam za telefon i dzwonię do mamy. Wyjadaczka rynku nieruchomości, poddaje ofertę, nieco trzeźwiejszej niż moja, własna analizie i mówi żebym pojechała to mieszkanie zobaczyć.
"No so ty"- odpowiadam jej. I chociaż bez przekonania, umawiam się następnego dnia.

Parkując samochód, dzwonię do mamy bo ogarnia mnie jakieś dziwne podniecenie:
- Mamo blok stoi w parku i ma rogatkę i parking- wydukałam.
Wbrew pozorom, to były zaskakujące, jak na centrum cechy. O zgrozo, po prawie 30 latach życia w tym mieście nigdy nie zwróciłam uwagi na ten wieżowiec.
- Będę za pół godziny- odparła mama.
Udzieliło jej się, widać, moje podekscytowanie.
Czekam chwilę w samochodzie, bo chce wejść z nią. Szukam klatki. „Dziwny blok” myślę sobie i jeszcze nie wiem do końca czy mi się ta dziwność podoba. Normalny wieżowiec to klatka, winda, korytarz, 3, 4 mieszkania. I tu jest niby podobnie, ale korytarz bardzo długi i cały przeszklony. W jego głębi drzwi otwiera mi właściciel, za mną wchodzi mama. Zanim zdążę się o coś zapytać widzę:



Taki dodatkowy przedpokój, jadalnia, biegnąca do kuchni. Abyście lepiej zrozumieli układ mieszkania, mój super amatorski rzut:


Wchodzę do salonu. Ciągnie mnie od razu do balkonu, chociaż na tamten dzień nie cierpiałam wieżowców, wręcz uważałam iż mam lęk wysokości.



Jak weszłam do tego salonu wiedziałam, że chcę kupić tą nieruchomość. I wcale jeszcze nie zobaczyłam widoku. Chodziło o kanapę. W wizualizacji wcześniej wspomnianego mieszkania, poza czerwoną kuchnią z szachownicą była właśnie pomarańczowa kanapa. Wiem, są tacy, którzy mają w nosie takie kosmiczne sygnały, ale ja nie jestem na to obojętna. Coś poczułam. Ten klimat lat 60-tych. Wszystko stare, ale bardzo zadbane. 

I widok. Wówczas była co prawda zima, ale widok dosłownie zapierał dech w piersi!





Panorama miasta Łodzi ujęła mnie za serce. Coś mi zabulgotało w żołądku. Jak się odwróciłam do Mamy, nim zobaczyłyśmy pozostałe pokoje, to matula powiedziała:
- Oho, zdaje się, że moja córcia się zakochała i chyba musimy usiąść do stołu:)




Zobaczyłam sypialkę. Zamiast karton gipsu są na niej rozwiązania poprzedniego systemu- drewniana dykta. Poza tym bardzo zaciekawiły mnie te panele na suficie i ścianach, o które zapytałam. Jak się okazało sypialka ta była studiem muzycznym. Na podłodze jest wygłuszający podkład i linoleum, sufit w całości pokryty był wytłumieniem i ściany częściowo, jak widać. Córka właściciela, też zresztą muzyk, nagrywała tu piosenki. I to był taki gwóźdź programu. "Hm, artystka" pomyślałam sobie. Potem już mało słuchałam, co mówią właściciele. Stanęłam jeszcze raz w czerwonej kuchni i mama dodała:
- Ok, widzę już, jak gotujesz tu makaron.

A kluski, trzeba Wam wiedzieć, to moje ulubione danie! Chwilę później siedzieliśmy na pomarańczowej kanapie i negocjowaliśmy. Były to najdłuższe i najbardziej emocjonalne negocjacje w moim życiu. Właściciel wahał się przed podaniem mi ręki, bo byłam pierwszą osobą, którą przyszła zobaczyć mieszkanie. Był też i nie ukrywał tego, bardzo związany z tą nieruchomością. Obcy, dojrzały mężczyzna wylał wiadro łez przede mną i ja także obdarłam się z wielu warstw, abyśmy po ponad trzech godzinach mogli podać sobie rękę i podpisać umowę przedwstępną. Potem bank, decyzja kredytowa i dokładnie 08.03.2012 roku sprawiłam sobie najważniejszy prezent w moim życiu- to mieszkanie. Właśnie dlatego przedstawiam Wam teraz tą historię. Był to przełomowy moment dla mnie i tego, co niosły dla mnie kolejne miesiące. Te pięć, spędzonych tu lat, to trudny czas, pełen wyzwań, porażek, zdrowotnych problemów, ale obfity we wschody i zachody słońca zapierające dech w piersi. 




W biesiady i wygłupy z przyjaciółmi, niezliczoną ilość kolacji i win na balkonie, mniejszych i większych przemeblowań. 

Teraz, podczas re-edycji tego wpisu, w lipcu 2017 roku jesteśmy tuż przed wyprowadzką. TYLE zmian przed nami! Budowa domu, przeprowadzka na wieś. Mnóstwo szalonych projektów. Z sentymentem wróciłam do tego wpisu, powstałego w 2015 roku, kilka miesięcy po założeniu bloga, który tak wiele zmienił w moim życiu.

Dzielę się tą historią nie tylko z powodu nostalgii. Chciałam Was zapytać o Wasze historie zakupu Waszego wymarzonego M? I czy też jesteście wrażliwi na takie dziwne zbiegi okoliczności? Czy kompletnie nie zwracacie na to uwagi? Czekam na Wasze komentarze!




« Nowszy post Starszy post »

Komentarze